Kurierzawiercianski.pl

CZY MOŻNA BYŁO UNIKNĄĆ KŁÓTNI PRZY POGRZEBIE?

Tomasz Urbański | 2018-07-07 12:20

(Myszków) Cyrk, wielki wstyd, nie do pomyślenia, tragedia – takimi słowami rodzina zmarłej i uczestnicy pogrzebu opisują to, co miało się stać na cmentarzu parafialnym w Myszkowie na początku czerwca. Zdaniem rodziny zmarłej pracownicy myszkowskiej firmy odpowiadającej za pochówek nie wiedzieli jak złożyć płyty nagrobka, z cmentarza wyjeżdżali do sklepu po cement, który rozrabiali na miejscu obok grobów, piłą cięli płyty, kurząc na sąsiadujące mogiły. Jak całe zamieszanie na początku tłumaczyła żona grabarza, właściciela firmy? Jak twierdzi rodzina zmarłej oraz uczestnicy ceremonii, właścicielka miała powiedzieć, że „na Śląsku jest taki zwyczaj, że trumna 3 godziny leży”. Rodzina nie uwierzyła w istnienie takiego zwyczaju i nie zgodziła się opuścić cmentarza, dopóki grób nie zostanie zamknięty. Zamieszanie przy grobie wg relacji rodziny trwało ok. 2 godzin, a to czego byli świadkami odebrało im mowę. Tę samą sytuację, ale w zupełnie odmienny sposób opisuje żona właściciela firmy, która zapewnia, że w czasie pochówku pracownicy wykonali wszystko odpowiednio.

 

O incydencie na myszkowskim cmentarzu rozmawiała z nami pani Barbara (córka zmarłej) ze swoim bratem oraz mężem. 6 czerwca ok. godziny 13.00 na cmentarzu w parafii pw. św. Stanisława Biskupa i Męczennika miał się odbyć pochówek mamy pani Barbary. Msza pogrzebowa została odprawiona w kościele w Łazach, po czym trumna została przewieziona do Myszkowa.

 

GRÓB ZAKRYJĄ PÓŹNIEJ
 

Pracownicy zakładu pogrzebowego (którzy przygotowali m.in. wieńce, przewóz trumny) złożyli trumnę do przygotowanego grobu. Dalszą pracę wykonać miała firma myszkowskiego grabarza. I tutaj zaczęły się schody. - Najpierw przyszedł pan grabarz (pracownik firmy – przyp. red.), który położył dwie wąskie listewki na wymurowanej piwniczce i rzucił dwa wieńce i poszedł. Powiedział, że po trzech godzinach dopiero to będzie pozakrywane, bo nie ma szefa. Nam po prostu odebrało mowę – opisuje pani Barbara, córka zmarłej. Dla najbliższych nie do pomyślenia było to, by pozostawić trumnę w otwartym grobie na kilka godzin (przy temperaturze blisko 30 stopni). Na cmentarzu zrobiło się zamieszanie, rodzina nie zgodziła się na to, by firma nie zamknęła grobu od razu. Przyszła żona właściciela firmy (która jak tłumaczyli nasi rozmówcy przy cmentarzu prowadzi sklep z kwiatami) i miała poinformować rodzinę zmarłej, że „na Śląsku jest taki zwyczaj”. Pani Barbara zakłada, że żonę grabarza w błąd mógł wprowadzić autokar, który przywiózł uczestników pogrzebu oraz samochód rodziny na krakowskich rejestracjach. Nasza rozmówczyni od 20 lat prowadzi kwiaciarnię w centrum Łaz i sama uczestniczyła w organizacji wielu pogrzebów i jak podkreśla nigdy i nigdzie nie spotkała się z tym, by trumna leżała w nieprzykrytym grobie przez kilka godzin. A poza tym, Myszków, to nie Śląsk.
 

Gdy rodzina sprzeciwiła się pozostawieniu trumny w otwartym grobie i była zdecydowana czekać na cmentarzu, dopóki grób nie zostanie ponownie zakryty, żona grabarza – jak opisują nasi rozmówcy – miała zacząć poganiać pracowników i zalecić im, by zakryli grób. To jednak miało nie być dla nich takie proste. - Oni nie potrafili założyć tych płyt. To był grób gotowy, poziomowy. Wyjęli płyty, najwidoczniej nie patrzyli jak wyjmowali i później nie wiedzieli jak to złożyć i mówili, że grób się zbiegł i że płyty nie pasują – tłumaczy zięć zmarłej, pan Piotr.
 

Jak opisywała nam pani Barbara, jeden z pracowników myszkowskiego grabarza miał wejść do grobu, w którym znajdowała się trumna z ciałem. Próbując omijać trumnę, mężczyzna miał mocować się z ciężką płytą, jednak co chwila dotykał trumny butami, co było dla rodziny zmarłej strasznym widokiem. Pracownicy nie mieli przygotowanego cementu, po który musieli pojechać do sklepu. Później rozrabiali go przy grobie. Jak wyjaśniał nam pan Piotr (mąż pani Barbary), pracownicy stwierdzili też, że płyty nie pasują, że grób się zbiegł. Byli więc zmuszeni na miejscu ciąć płyty. Od cementu i cięcia płyt wszystko było zakurzone – przewrócone wieńce, trumna w otwartym grobie, pobliskie nagrobki.

 

- Musiałam wyprosić gości, nic się nie odbyło po pogrzebie. Moja córka odwiozła księdza, gości musiałam przeprosić, wysłać ich z powrotem autokarem do Łaz, żeby nie patrzyli na to. Wstyd! – ocenia pani Barbara, która podkreśla, że cała ceremonia była przygotowana odpowiednio wcześniej i z dużą starannością. Piękne wieńce, msza, oprawa muzyczna, której życzyłaby sobie zmarła mama, pełen autokar ludzi, którzy znali i szanowali zmarłą i chcieli godnie ją pożegnać. Wszystko to przyćmiło zamieszanie na cmentarzu. - Wszystko było przygotowane, zamówione wcześniej, to nie było organizowane z godziny na godzinę. Ja byłam u grabarza dwa dni wcześniej – byłam 4-ego, a pogrzeb odbył się 6-ego. Dwa dni wcześniej z nim to wszystko załatwiałam. Na odpowiednią godzinę, wszystko było umówione – podkreśla córka zmarłej.

 

UCZESTNICY POGRZEBU POTWIERDZAJĄ RELACJĘ RODZINY
 

Pracownicy firmy grabarza ostatecznie zamknęli grób, a całe zamieszanie na cmentarzu miało trwać ok. 2 godzin. Relację rodziny potwierdziło w rozmowie w nami kilku uczestników pogrzebu, którzy byli świadkami przykrego incydentu na początku czerwca. – Trumna zostaje na wierzchu, mężczyzna kładzie 2 kije, wieniec i mówi, że zrobią to do 3 godzin, bo jest sam, nie ma cementu. To tak, jakby pogrzeb do końca się nie odbył. Wieńce leżą na alejce, a my mamy odejść. Jak tak można? Pani właścicielka przyszła i nakrzyczała, że na Śląsku tak się robi. Potem kazała założyć te płyty, płyty nie pasowały, byli nieprzygotowani. Chodzili koło trumny w grobie. Zostało na cmentarzu kilka osób, patrzyliśmy na to. To było nie do pomyślenia. Trwało to prawie 3 godziny. Po 3 godzinach wreszcie założyli te płyty. Żadnego szacunku do zmarłego, najbliższa rodzina musiała na to patrzeć. To tragedia – oceniała uczestnicząca w pogrzebie pani Agata.

 

- Byłam na wielu pogrzebach i nie spotkałam się, żeby grób nie był zamknięty. To wyglądało tak, jakby ktoś grób przygotował, a ktoś inny miał dokończyć. Byli kompletnie nieprzygotowani, takie rzeczy nie powinny mieć miejsca, to jest szok – mówiła w rozmowie telefonicznej z nami pani Anna. O tym, że niedopuszczalne było to, by doszło do takiego zamieszania przy pochówku wypowiadała się również pani Elżbieta: - Byłam bardzo zbulwersowana. Zero szacunku dla osoby zmarłej. Jak ta pani (żona właściciela – przyp. red.) zaczęła mówić o zwyczajach, to chciało mi się śmiać. Jak tak można? Powiedzieli, że tego nie zrobią, bo są nieprzygotowani. To rodzina poprosiła o właściciela, przyszła jego żona, zaczęła atakować. Później zmienili ton, zaczęli przepraszać. Trwało to długo, na pewno 1,5 godziny. To było niesmaczne.

 

SANEPID NIE KONTROLUJE PRZEBIEGU POCHÓWKU

 

Z kilkoma pytaniami w tej sprawie zwróciliśmy się do myszkowskiego sanepidu. Próbowaliśmy między innymi ustalić do kogo rodzina zmarłej może skierować ewentualną skargę oraz kto może sprawować nadzór nad przebiegiem pochówku. Dwoma kluczowymi aktami prawnymi w tym przypadku są ustawa z dnia 31 stycznia 1959r. o cmentarzach i chowaniu zmarłych oraz Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 23 marca 2011r. w sprawie sposobu przechowywania zwłok i szczątków.
 

Inspekcja Sanitarna sprawuje nadzór nad cmentarzami i powierzchnią grzebalną, domami przedpogrzebowymi lub kostnicami na terenie cmentarza oraz warunkami sanitarnymi przeprowadzania ekshumacji. Przebiegu pochówku sanepid jednak nie nadzoruje. Rodzina zmarłego, mająca wątpliwości co do przebiegu pochówku powinna więc wszelkie roszczenia kierować bezpośrednio do firmy, która organizowała pogrzeb.

 

- Zgodnie z art. 9 ust. 5 ww. ustawy od chwili zgonu aż do pochowania zwłoki powinny być przechowywane w taki sposób, aby nie mogły powodować szkodliwego wpływu na otoczenie. W Rozporządzeniu Ministra Zdrowia z dnia 23 marca 2011 r. w sprawie sposobu przechowywania zwłok i szczątków określono jedynie postępowanie ze zwłokami w kostnicy lub domu przedpogrzebowym (§ 4 ust. 1, 2 i 3 ww. rozporządzenia) – przekazał nam Państwowy Powiatowy Inspektor Sanitarny w Myszkowie dr n. med. Marek Olenderek.
 

ZAMIESZANIE BYŁO, ALE NIE Z WINY FIRMY
 

O incydent podczas pogrzebu zapytaliśmy również żonę właściciela firmy, która zajmowała się pochówkiem. Słowa kobiety potwierdzają zamieszanie, do którego miało dojść na myszkowskim cmentarzu, ale opisują go w zgoła odmienny sposób. Jak podkreślała w rozmowie z nami żona grabarza, była na pogrzebie przez cały czas – miała stać z tyłu, za rodziną i uczestnikami pogrzebu. Odnosząc się do niektórych zarzutów podnoszonych przez rodzinę zmarłej, żona właściciela tłumaczyła, że owszem, pracownik wszedł do grobu. Musiał to zrobić - trumna złożona była w piwniczce grobowcowej – ale jak zapewnia żona grabarza nie jest prawdą jakoby ktokolwiek „skakał po trumnie” lub jej dotykał.
 

Rozrabianie zaprawy na cmentarzu – jak tłumaczyła żona właściciela firmy, która przeprowadzała pochówek, pracownik udał się po cement, ale nie do sklepu, tylko na plac należący do firmy, który położony jest za cmentarzem. Zaprawa nie czekała gotowa i nie była wcześniej rozrobiona dlatego, że msza pogrzebowa odprawiona była w Łazach, nie był to „miejscowy” pogrzeb z pobliskiej parafii. Gdyby cement był przygotowany za wcześnie, mógłby stwardnieć – dlatego pracownik szykował zaprawę na miejscu. Zakurzona trumna i wieńce – zdaniem żony właściciela firmy przy cemencie i płytach normalne jest, że coś się zakurzy lub zabrudzi, nie da się tego całkowicie uniknąć.

 

Z kolei jeśli chodzi o stwierdzenie, że na Śląsku nie przykrywa się grobu, to – jak rozumiemy ze słów żony grabarza – kobieta próbowała wytłumaczyć rodzinie, że na Śląsku grabarze robią tak, że po złożeniu trumny do grobu, układane są kwiaty, a grabarze murują grób dopiero, gdy rodzina opuści cmentarz. Dlaczego? Wyjaśniała, że pracownicy muszą się przebrać – nie mogą po wykopaniu grobu lub otworzeniu go obsługiwać dalej pogrzebu przy rodzinie zmarłego w brudnych ubraniach. Jednak jak zapewniała żona właściciela w tym przypadku nie chodziło o to, że grób będzie zostawiony i pracownicy nic z nim nie zrobią przez najbliższe godziny - pracownik był na miejscu cały czas.
 

Żona grabarza zapewnia, że rodzina wraz z trumną przyjechała na cmentarz ok. godziny 13, a wszystko było skończone o godzinie 14.15. Kobieta poinformowała nas również, że rodzina zmarłej przyjęła roszczeniową postawę – z relacji żony właściciela firmy wynika, że bliscy zmarłej mieli się kłócić na miejscu z firmą, straszyć, a ich zachowanie na cmentarzu określiła jako „skandaliczne”. Jej zdaniem rodzina nie uszanowała cmentarza (mieli np. palić papierosy). Jak zapewniała żona właściciela firmy, ona też ma świadków, którzy mogą potwierdzić jej słowa.

 

Nie uczestniczyliśmy w pogrzebie opisywanym powyżej, więc trudne – a w zasadzie niemożliwe – jest dla nas ocenianie kto ma rację. Obie strony przedstawiają swoje „wersje” wydarzeń, które znacząco od siebie odbiegają. Jedynym elementem, który jednak łączy oba punkty widzenia jest to, że na cmentarzu doszło do kłótni, nieporozumienia, bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Pytanie: czy można było uniknąć nerwów i przykrego zajścia na cmentarzu? pozostaje bez odpowiedzi.
 

Edyta Superson


 



Galeria zdjęć

Komentarze