Kurierzawiercianski.pl

REKLAMA

PRZEMIERZAJĄ EUROPĘ ZBUDOWANYM PRZEZ SIEBIE WOZEM

Tomek | 2017-05-26 11:20

(Biała Błotna, gm. Kroczyce) Cygański wóz zbudowany własnoręcznie, dwa konie pociągowe, pies pasterski i ich dwoje - Sophie i Baptiste rok temu wyruszyli w podróż po Europie. Przygód i atrakcji im nie brakuje – dwumiesięczny postój w Chorwacji z powodu tajemniczej choroby jednego z koni, wypadek w Austrii, w którym wóz spadł z mostu do rzeki – każdy dzień jest nową przygodą. Obecnie przejeżdżają przez Polskę. Jednym z miejsc, w którym się zatrzymali było gospodarstwo w Białej Błotnej. Podczas ich krótkiego pobytu w naszej okolicy udało nam się spotkać z niecodziennymi turystami i trochę bliżej poznać ich historię.

 

Sophie Heck i Baptiste Le Pennec 3 maja ubiegłego roku wyruszyli w podróż po Europie. Nie byłoby to aż tak niespotykane, gdyby nie fakt, że ich środkiem lokomocji jest wóz zaprzęgnięty w konie. W dodatku wóz, który Baptiste budował własnoręcznie przez pół roku. Turyści przemierzają Europę z pomocą dwóch koni pociągowych o imionach Flocky oraz Aiko. Towarzyszy im również bardzo przyjacielski pies pasterski, który wabi się Avalon (i żyje w nieco błędnym przekonaniu, że zagania konie, które do jazdy skłaniać ma jego szczekanie). 29-letnia Niemka i 26-letni Francuz przejeżdżają obecnie przez Polskę. W połowie maja zatrzymali się na dwie noce w jednym z gospodarstw położonych w Białej Błotnej (gm. Kroczyce). Ugościł ich Sławomir Sikora wraz ze swym ojcem Henrykiem. - Jechałem w niedzielę (14 maja – przyp. red.) z kościoła i zauważyłem ich na drodze. Zainteresował mnie ich wóz, a przede wszystkim konie, bo sam jestem ich miłośnikiem. Pytali o miejsce dla koni, by odpoczęły, zjadły - zaproponowałem, że przyjmę ich u siebie - opowiadał nam Sławomir Sikora. W gospodarstwie mężczyzny są idealne warunki dla koni, sam posiada ich kilka. - Gdy tylko ich zobaczyłem z końmi, to nie miałem żadnych wątpliwości ani obaw. Lubię pomagać innym ludziom. Razem z ojcem jesteśmy miłośnikami koni - tłumaczył S. Sikora, któremu w kontakcie z zagranicznymi gośćmi pomagał Michał Nędza - sąsiad posługujący się biegle językiem angielskim. Mężczyzna nie tylko służył pomocą w tłumaczeniu, zaprosił też Sophie i Baptiste’a wraz z gospodarzami do siebie na kiełbaski, by pokazać turystom tradycyjną, polską gościnność. Podróżnicy spędzili w Białej Błotnej dwie noce – w dalszą drogę wyruszyli we wtorkowe południe 16 maja. W poniedziałkowy wieczór pan Stanisław wraz z ojcem Henrykiem zaprosili swych gości na wspólną przejażdżkę, bowiem sami również hodują konie rasy śląskiej, które bardzo zainteresowały turystów. Sophie i Baptiste byli zachwyceni okolicą i piękną przyrodą, którą pokazali im gospodarze. Jeszcze przed wyjazdem Niemki i Francuza udało nam się z nimi spotkać, by opowiedzieli naszym Czytelnikom skąd zrodził się pomysł przejechania Europy wozem zaprzęgniętym w konie, co dotychczas spotkało ich podczas podróży oraz gdzie zmierzają dalej.

 

Kurier Zawierciański: - Czy mogłabyś na początku krótko przedstawić się naszym czytelnikom? Czym zajmowałaś się na co dzień, przed rozpoczęciem waszej przygody?

 

Sophie Heck: - Mam na imię Sophie, mam 29 lat. Zanim wyruszyliśmy w podróż pracowałam jako terapeutką, zajmowałam się resocjalizacją.

 

Kurier Zawierciański: - Podróżujecie po Europie konno. To dosyć niecodzienne. Skąd taki pomysł?

 

Sophie Heck: - Mój chłopak jest szalony (śmiech). Kilka lat temu zobaczył we Francji taki wóz i porozmawiał z człowiekiem, który nim podróżował. Było to szalone, bo nie mieliśmy z końmi nic wspólnego – ani on, ani ja. Początkowo się nie zgadzałam, mówiłam mu, że jest szalony, ale nie zmienił zdania i wciąż się upierał przy swoim pomyśle. Trzy lata temu zaczęliśmy przygotowania. O koniach i wszystkiego co z nimi związane próbowaliśmy się uczyć od ludzi, którzy je hodują, zajmują się nimi. Odbyliśmy kurs, by nauczyć się jeździć, zdobyliśmy pozwolenie. W którymś momencie kupiliśmy konie, choć ja wciąż nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego co zamierzamy i pewnego dnia wyruszyliśmy.

 

KZ: - Konie należą do Was? Kupiliście je, tak?

 

S.H.: - Tak, są nasze.

 

KZ: - Gdzie i kiedy rozpoczęliście Waszą podróż?

 

S.H.:- Na boku wozu wisi mapka, na której zaznaczamy naszą trasę. Zaczęliśmy tutaj – we Freiburgu, przy granicy Niemiec ze Szwajcarią. Wyruszyliśmy 3 maja ubiegłego roku – przejechaliśmy przez Austrię, Węgry, Chorwację, Rumunię, Słowację i teraz jesteśmy w Polsce. Dalej chcemy jechać do Niemiec i pojechać do Francji, do rodziców Baptiste’a.

 

KZ: - Jak długo jeszcze będziecie podróżować?

 

S.H.: - Tak naprawdę nie można tego zaplanować podróżując konno. Na przykład krótki odcinek trasy w Chorwacji zajął nam 5 miesięcy, ponieważ mieliśmy problem z jednym koniem, który był chory. Musieliśmy poczekać, aż wydobrzeje. Byliśmy uziemieni przez dwa miesiące. Takie rzeczy mogą się zdarzyć przez cały czas. Mamy nadzieję, że będziemy w domu przed Bożym Narodzeniem.

 

KZ: - Co stało się z koniem? Jakie to były problemy?

 

S.H.: - Działo się to w Chorwacji. Jeden gwóźdź w podkowie był źle umiejscowiony i wdała się infekcja. Poznanie przyczyny zajęło nam 2 miesiące – w Chorwacji nie spotkaliśmy dobrego specjalisty od koni. Jeden weterynarz stwierdził, że koń ma problem z biodrem, drugi weterynarz stwierdził, że z kolanem i dopiero po dwóch miesiącach spotkaliśmy dobrego weterynarza z Węgier, przebył 150 kilometrów, musieliśmy mu dużo zapłacić, ale postawił dobrą diagnozę. Przy takiej infekcji leczenie trwa zwykle 2 tygodnie, a my czekaliśmy 2 miesiące, bo nie wiedzieliśmy co się dzieje. Lekarz zdjął podkowę, wypłynęła ropa i po tygodniu już było dużo lepiej.

 

KZ: - Przed wyjazdem przygotowywaliście się do podróży przez dłuższy czas. Czy zaplanowaliście ją dzień po dniu, miejsce po miejscu?

 

S.H.: - Nie, nie. Od kiedy wyruszyliśmy wszystko ustalamy po drodze, planujemy na bieżąco. To dobry pomysł, bo są ludzie, którzy chcą wyruszyć do Mongolii, planują trasę przed wyjazdem, a po pokonaniu jakiejś liczby kilometrów zatrzymują się, bo już im się odechciało, albo napotkali jakieś problemy. My jesteśmy bardziej otwarci na różne możliwości, niczego z góry nie wykluczamy, a nigdy nie wiadomo co się stanie w drodze.

 

KZ: - Co zabraliście ze sobą?

 

S.H.: - Tylko to, co jest nam potrzebne. Ubrania, podstawowe przyrządy kuchenne. I książki – są bardzo ważne (śmiech)! Po kilku miesiącach brakło nam książek. Czytamy w zasadzie każdego dnia, więc był to kłopot. Na szczęście odwiedzili nas rodzice i dostaliśmy od nich książki. Zaczęłam się uczyć robić na drutach, chciałabym umieć robić np. skarpetki i inne takie rzeczy.

 

KZ: - Jak szukacie noclegów?

 

S.H.: - Rozglądamy się po okolicy, pytamy mieszkańców. Mamy ze sobą taką kartkę z krótkim wyjaśnieniem kim jesteśmy i informacją, że szukamy noclegu. W każdym kraju jest napisana w języku danego państwa. W każdym regionie bywa inaczej, kilka dni temu byliśmy w miejscu, gdzie było dużo terenów rolniczych. Podchodziłam do ludzi z dużym uśmiechem i kartką po polsku, ale ludzie nie patrząc nawet na kartkę mówili od razu „nie, nie, nie Cyganie, odejdźcie, odejdźcie”. Próbowałam wyjaśnić, że nie jesteśmy Cyganami, jesteśmy turystami, ale ludzie czasami bardzo się boją, nie wiemy dlaczego. Przejedziemy kilka kilometrów dalej i spotykamy zupełnie innych ludzi, z odmiennym nastawieniem wobec nas. Tak jak tutaj – gospodarz jadąc samochodem zatrzymał się i zaprosił nas do siebie. Ale nie zawsze jest tak łatwo, czasami szukanie miejsca zajmuje nam wiele godzin. Odbieram to bardzo personalnie kiedy ktoś nas wygania, myśli, że jesteśmy złymi ludźmi, kiedy w rzeczywistości jesteśmy dobrzy. To dla mnie bolesne.

 

KZ: - Nie boicie się? Jesteście tylko we dwoje, z końmi, w różnych, nieznanych miejscach. Nie odczuwaliście strachu wyruszając w podróż i teraz w czasie jej trwania?

 

S.H.:- Czego mamy się bać?

 

KZ: - Przede wszystkim ludzi.

 

S.H.:- Nie, nie boimy się ludzi. Czasami w czasie jazdy boję się - szczególnie na początku naszej podróży się bałam - samochodów. Kierowcy nie szanują koni - trąbią, przejeżdżają bardzo szybko, wyprzedzają, chcą popatrzeć na konie. Tego się boję i wypadków. Mieliśmy jeden wypadek w Austrii.

 

KZ:- Możesz nam o nim opowiedzieć coś więcej?

 

S.H.: - To było kilka tygodni po rozpoczęciu naszej podróży. Samochód nas wyprzedzał i dotknął jednego z koni. Konie się spłoszyły i zaczęły pędzić przed siebie. Nie mogliśmy nad nimi zapanować. Uderzyły w barierki na moście, z którego spadliśmy. Po tym wypadku bardzo się bałam, bo to ja wtedy powoziłam i byłam w szoku. Przed tym zdarzeniem byłam pewna siebie, koni, a w jednej chwili nie mogłam już dłużej powozić przez jakiś czas. Powoli dochodziłam do siebie po tym zdarzeniu.

 

KZ: - Jak sobie poradziliście, gdy mieliście ten wypadek? Ile czasu zajęło wam wrócenie na drogę?

 

S.H.: - Tydzień. To dzięki ludziom, tamtejszym mieszkańcom. Nie mieliśmy nawet czasu, by zastanowić się, czy przerwać naszą podróż czy nie. Byliśmy rozbici psychicznie, ale ludzie dookoła śmiali się, wołali „Niemka staranowała austriacki most”, dla nich to było zabawne. Mieliśmy uszkodzone jedno koło i nie mieliśmy nawet wyboru – ludzie podchodzili i zrzucili się po 10 euro na nowe koło. W 24 godziny naprawili wszystko. My nie mieliśmy nawet czasu pomyśleć czy to koniec naszej podróży – ludzie w Austrii od razu wiedzieli, że pojedziemy dalej. Byli weseli i bardzo pozytywnie nastawieni.

 

KZ: - To pewnie najgorsza rzecz, jaka wam się przytrafiła. A jaka była najlepsza?

 

S.H.: - Trudno powiedzieć, jaka rzecz była najmilsza. Spotykamy wielu dobrych ludzi, przeżywamy miłe chwile, przejeżdżamy przez kraje i tereny, które robią ogromne wrażenie. Na przykład wczoraj wieczorem tata gospodarza zabrał nas na przejażdżkę konną. Było przepięknie, zapadał zmierzch, zaczęła się robić mgła. Otaczał nas zapach koni, przyroda - to były cudowne chwile.

 

KZ: - Jesteście parą. Ty jesteś Niemką, a Baptiste Francuzem. Jak się poznaliście?

 

S.H.: - Poznaliśmy się w Rumunii. Podróżowałam z przyjacielem po Rumunii i Bułgarii, a Baptiste zwiedzał Europę. I spotkaliśmy się w Rumunii.

 

KZ: - Czyli oboje kochacie podróżować? Wasza obecna wyprawa nie jest pierwszą?

 

S.H.: - Tak, oboje uwielbiamy podróżować. Teraz pierwszy raz wyjechaliśmy z końmi.

 

KZ: - Czy w przyszłości chcielibyście powtórzyć taką wyprawę?

 

S.H.: - Sądzę, że najpierw – po tak długim czasie – zdajesz sobie sprawę z tego, gdzie tak naprawdę jest twój dom i co chcesz robić. Każdy dzień to nowe miejsce, teraz chcemy po prostu wrócić do Francji i ustatkować się, zapuścić korzenie. To najpierw. Może dzieci? Ale może za 10 lat weźmiemy dzieci i wyruszymy ponownie, nie wiem (śmiech).

 

KZ: - Mieszkacie we Francji czy w Niemczech?

 

S.H.: - Teraz nie mieszkamy nigdzie. Gdy podróżujemy, utrzymanie pustego mieszkania, które by na nas czekało byłoby zbyt dużym wydatkiem. Kiedy pojedziemy do Francji, poszukamy małego gospodarstwa do kupienia, gdzie swoje miejsce znajdą konie i nasz wóz. Chcielibyśmy prowadzić gospodarstwo wykorzystując do tego dawne metody, konie, nie nowoczesne maszyny. Chciałabym połączyć moją pracę zawodową z rolnictwem – jest taki rodzaj terapii, gdzie młodzi ludzie z problemami przyjeżdżają na wieś i pracują razem.

 

KZ: - A czym zawodowo zajmuje się twój chłopak?

 

S.H.: - Zajmuje się sportem – jest instruktorem judo, trenerem fitness, ochroniarzem. W sumie wszystko czym się zajmuje jest związane ze sportem.

 

KZ: - Wóz jest wasz? Kupiliście go?

 

S.H.: - Baptiste go zbudował. Kupiliśmy metalowe elementy potrzebne do konstrukcji, których nie potrafiliśmy sami stworzyć, a całą resztę Baptiste zbudował w ciągu 6 miesięcy. Ja nie potrafiłabym czegoś takiego zbudować. Gdy zaczął mówić o tym pomyśle – zajmuje się sportem, nie zna się na takich konstrukcjach – to myślałam, że po przejechaniu kilku metrów wszystko runie i wóz nie będzie się nadawał do jazdy (śmiech). Po wypadku w Austrii sądziłam, że wszystko jest zniszczone, ale okazało się, że Baptiste wykonał kawał dobrej roboty. Teraz wiem, że jeśli może mi zbudować wóz, to może też postawić dla mnie dom.

 

KZ: - Co zamierzacie zrobić z końmi po zakończeniu podróży?

 

S.H.: - Zatrzymamy je. Po spędzeniu z nimi tak długiego czasu traktujemy je jak rodzinę. Wykorzystamy je w gospodarstwie, może też dla turystów, albo do pracy terapeutycznej z dziećmi. Zobaczymy.

 

Teraz Sophie i Baptiste kierują się na północ – planują minąć Częstochowę i skierować się w kierunku Poznania. Stamtąd pojadą na zachód, przemierzą Niemcy i dotrą do Francji. Jak mówiła nam Sophie, udało im się zaoszczędzić fundusze dzięki darmowym noclegom na pastwiskach i łąkach. Będąc w drodze szukają również pracy, którą wykonają za owies lub niewielkie pieniądze. Najtrudniej o znalezienie dorywczego zajęcia było im w Rumunii, Chorwacji, na Węgrzech i w Polsce. Największe koszty związane są z opieką nad końmi – np. podkowami i opieką weterynaryjną. Jak sami mówili, na co dzień potrzebują tylko trawy i wody dla koni oraz niewielkich ilości jedzenia dla nich samych. Czasami podczas podróży brakuje im stałego dostępu do Internetu, za pomocą którego kontaktują się z rodziną. Jednocześnie Sophie podkreślała, że nie są aktywni w sieci – nie prowadzą strony w serwisie społecznościowym, bloga, ani strony internetowej, bo jak twierdzą, ludzie spędzając czas on-line tracą realne życie, które toczy się tu i teraz.

 

Bez wątpienia turystów bardzo miło będą wspominać ich gospodarze z Białej Błotnej. – To bardzo grzeczni ludzie. Niezwykle mili, kulturalni. Byli zaskoczeni, że sam ich do siebie zaprosiłem. Wszyscy bardzo ich polubiliśmy i mamy nadzieję, że pozostaniemy w kontakcie. Uważam, że to niezwykli młodzi ludzie – w czasach, gdy wszyscy gonią za luksusem i wygodami, oni z własnej woli rezygnują z tego wszystkiego, by przeżyć przygodę i czerpać z życia. Odwiedzają nieznane im dotąd miejsca, są bardzo otwarci na poznawanie nowych ludzi i doceniają naturę, podziwiając otaczającą ich przyrodę. To, na co się zdecydowali jest godne podziwu i moim zdaniem nie każdy odważyłby się na taką podróż – mówił po wyjeździe Sophie i Baptiste Sławomir Sikora.

 

Edyta Superson

Justyna Banach-Jasiewicz



Galeria zdjęć

Komentarze